Przebiegając dłonią po włosach, Danger przygryzł wargę, powstrzymując się przed utraceniem kontroli i rzucaniem wszystkim, co będzie w pobliżu. Ostatnią rzeczą, której potrzebował, było wpadnięcie w szał i pozwolenie Kelsey dodać kolejny punkt do listy 'Rzeczy typowe dla Justina'. Numerem pierwszym było to, że kogoś zabił.
Nie mógł uwierzyć, że był tak bezmyślny i pozwolił komukolwiek go zobaczyć. Zawsze był ostrożny z rzeczami, które robił. Nigdy nie został przyłapany. Robił wszystko dobrze i według planu. Nigdy nie zawalił. Nigdy, aż do dzisiaj i zżerało go to od środka.
Co jeśli zamiast Kelsey byłby to policjant przechodzący akurat przez las? Danger wolał nawet nie myśleć, co by się z nim stało.
Oczywiście wziąłby winę na siebie, bo właśnie taką osobą był. Nigdy nie pozwoliłby swoim chłopakom wpaść w kłopoty przez coś, co sam zrobił, ale to już poza tematem.
Jedyne, o czym mógł myśleć, to co miał zrobić z Kelsey i co powie reszta, gdy się o niej dowie.
Ciągnąc końce włosów, Danger miał zamiar wrócić na górę, do swojego pokoju, gdy jeden z członków grupy go zauważył.
-Ej, Justin! - Bruce, głowa gangu (nie to samo co Justin, ale blisko), zawołał z kanapy, na której siedział z piwem w ręku.
Justin przeklnął się w duchu, po czym powoli się cofnął, aby na niego spojrzeć. Kiwnął głową na znak, że go słyszał.
-Zrobiłeś to, co miałeś zrobić? - wziął łyka z puszki, ponosząc brew na znak, że oczekuje odpowiedzi. Justin zatrzymał się, myśląc, czy powinien coś powiedzieć.
-Yeah, zrobiłem wszystko.
Bruce łobuzersko się uśmiechnął.
-Dobra robota, Bieber - pokiwał głową, widocznie pod wrażeniem.
'Nie będzie taki zadowolony przez długi czas, to pewne' pomyślał Danger.
-Dupek błagał o życie, kiedy Justin powalił go na kolana i przytknął mu pistolet do skroni. Komiczne gówno - Mike rzucił się na kanapę, kilkadziesiąt centymetrów od Bruce'a.
-Cholernie zabawne - dodał Marko, z uśmieszkiem. - Myślał, że będzie mógł odejść, bez oddania nam kasy. Kretyn jest tak idiotyczny, że naprawdę pomyślał, że ma szansę przeżyć.
-Szkoda, że Justin strzelił mu kulą w łeb - dopowiedział Dean. Otworzył piwo, siadając na fotelu.
Justin z uśmiechem kiwnął głową. Kochał być chwalony, podczas gdy suknisyn, którego zabił, nie miał już nic do powiedzenia.
-Praca z nim była przyjemnością - powiedział, wywołując gromki śmiech u wszystkich wokół.
Sarkazm był ich drugim językiem, zwłaszcza Justina.
Gdy śmiech ucichł, a wszyscy, oprócz niego, siedli na kanapie, Justin zadecydował, że to czas, aby powiedzieć im o Kelsey.
-Um, chłopaki?
Wszyscy spojrzeli w górę, skupiając na nim całą swoją uwagę.
-Jest coś, co muszę wam powiedzieć - chłopak zacisnął usta, drapiąc się po karku. Zastanawiał się, jak mógłby im to przekazać, mówiąc narazie tylko kilka słów, aby wybadać ich reakcję. - Spieprzyłem robotę.
Bruce zmarszczył brwi.
-Co masz na myśli, mówiąc, że spieprzyłeś? Powiedziałeś, że go zabiłeś.
-Bo zabiłem - powiedział.
-Więc o co chodzi? - wtrącił się Marco, zdezorientowany jak cała reszta.
Justin zwalczył chęć wywrócenia oczami.
-Ktoś to widział - mruknął głosem niskim, ale wystarczająco wyraźnym, żeby wszyscy usłyszeli. Pomieszczenie wypełniła cisza, aż w końcu Bruce postanowił się odezwać.
-Co to ma znaczyć?
-To znaczy dokładnie to, co powiedziałem. Jakaś laska widziała, jak zabijałem gnojka.
Bruce wstał.
-Kurwa, jak to 'jakaś laska widziała'? Bieber, co do kurwy nędzy? - splunął, pozwalając swojej złości wyjść na zewnątrz.
-Nie wiedziałem! Nikogo nie było wokół, gdy wciągałem idiotę do lasu! - chłopak wyrzucił ręce w górę. - Możesz zapytać reszty, upewniliśmy się, że nikogo nie ma wokół! Ale jakimś cudem dziewczyna się pojawiła i nas zobaczyła.
Bruce zacisnął szczękę, zamykając oczy. Wziął kilka wdechów, aby się uspokoić, po czym spowrotem je otworzył.
-Jak dużo zobaczyła? - spytał spokojnie.
-Widziała, jak zabijam suknisyna - odpowiedział niskim głosem.
Bruce zacisnął pięści za plecami.
-Kurwa - wymamrotał, przebiegając placami po włosach. - Co stało się potem? Uciekła? Zadzwoniła na policję?
-Myślisz, że wciąż byśmy tu byli, gdyby zadzwoniła na policję? - Justin skierował na niego wzrok, na co mężczyzna wzruszył ramionami. Szatyn potrząsnął głową. - Złapałem ją i opuściłem miejce, zanim cokolwiek mogło się stać.
Twarz Bruce'a się rozjaśniła.
-Wziąłeś ją?
Justin przytaknął.
-Ze sobą?
-Yup - odpowiedział, 'pykając' przy literce p. - Nie mogłem dac jej odejść po tym, co widziała. Jest w moim pokoju. Ale hej, posłuchaj, nie wydaje mi się, że jest na tyle głupia, żeby cokolwiek komuś powiedzieć. Dziwka jest stuknięta. Jedyne, czym się martwiła podczas jazdy, byli jej rodzice - wywrócił oczami.
-Pierdolisz? - zakpił Bruce, na co Marco i Mike się zaśmiali.
-Nie. Powiedziała, że jej rodzice są straszniejsi ode mnie. Strasznie dużo gada, wciąż zadawała jakieś pytania - warknął.
-O co pytała?
-Co z nią zrobię, kiedy wróci do domu, gdzie ją zabieram - wzruszył ramionami. Mężczyzna pokiwał głową, a jego twarz powoli łagodniała.
-W porządku. Jest na górze, tak?
Justin po raz kolejny przytaknął z twarzą nie wyrażającą żadynch emocjii. Mimo to zastanawiał się, co planują teraz zrobić.
-Zatrzymaj ją tam, nie może wyjść - Bruce znów siadł na kanapie.
-Jak to 'nie może wyjść'? - Danger zmarszczył brwi. - Powiedziałem tej suce, że wraca do domu i szczerze mówiąc, nie chcę jej tutaj. Jest irytująca.
-Wie za dużo - wyjaśnił, przytykając do ust puszkę piwa.
-Zupełnie serio, nie wydaje mi się, że cokolwiek powie. Nie wyglądała nawet na zbyt przestraszoną.
-Nie mogę ryzykować, Bieber. Zanim się zorientujemy, gdy tylko wyjdzie, policja będzie wiedziała o wszystkim i wszyscy będziemy aresztowani za to, co robimy. Tak jest bezpieczniej.
-Naprawdę jej tu nie chcę. Kayla już o niej pierdoli - jęknął Justin. Bruce tylko wzruszył ramionami.
-Słuchaj, muszę byc bezpieczny - my musimy byc bezpieczni. Dziewczyna zostaje przynajmniej na noc. Jutro zadecyduję, co z nią zrobić, ale do tego czasu ma zostać.
Justin czuł, jak zaciska zęby, a oczy mu ciemnieją. Bez słowa podszedł do Bruce'a i uderzył go w szczękę. Mężczyzna jęknął z bólu.
-Co do cholery? - syknął, po czym wstał i uderzył Justinem o ścianę. Przyparł go do niej i wymierzył cios w jego brzuch.
Danger skrzywił się z bólu.
-Kurwa - mruknął. Bruce tym razem trafił w profil chłopaka, przyciskając jego ręce do ściany.
-Idź na górę i się uspokój, zanim odpierdolisz coś głupiego, za co zostaniesz zabity - warknął.
-Jestem najlepszym, co masz w swoim chujowym życiu. Jeśli mnie zabijesz, będziesz niczym - zakpił Justin ze złością.
-Jestem pewien, że znajdziemy kogoś na twoje miejsce - odpyskował.
Oboje wiedzieli, że mówił poważnie, ale zdawali sobie także sprawę, że nikt nie mógł dorównać Justinowi.
Bruce wytarł prawą część twarzy, pozwalając krwi pobrudzić jego rękę. Klnąc pod nosem, potrząsnął głową i zajął miejsce na kanapie.
Klatka piersiowa Justina podnosiła się i opadała niespokojnie. Obracając się na piętach, wszedł po schodach. Mrucząc do siebie bezsensowne słowa, przeszedł obok swojego pokoju i skierował się na koniec korytarza. Gwałtownie otworzył drzwi, po czym wszedł, zastając Kaylę obracającą głowę w zaskoczeniu.
-Co do cholery tu robisz?
-Daj mi jakieś ciuchy - rozkazał.
-Po co? - syknęła.
-Po prostu daj mi pieprzoną bluzkę czy cokolwiek. Nie mam czasu na twoje pierdolenie - jad przesiąknął każde jego słowo.
-Po cholerę ci moje ubrania? - poniosła brew, kładąc rękę na biodrze.
-Mam sprawy do załatwienia. Daj mi te pierdolone ciuchy albo sam je wezmę - warknął ze złością w oczach.
Zgrzytając zębami, Kayla zmusiła się do odwrócenia i skierownia w kiedrunku szafy. Wyciągnęła koszulkę i szorty, po czym rzuciła je w Justina, który złapał je bez problemu.
Wyszedł i skierował się do swojego pokoju, do którego wszedł, trzaskając drzwiami. Rzucił ubrania w twarz Kelsey. Ta wzięła głęboki oddech i je podniosła.
-Co to? - zapyała.
-Bluzka, włóż ją - jego zdenerwowane oczy spotkały jej niepewne.
-Dlaczego? - spojrzała na jego pobitą twarz. - Co ci się stało? - źrenice jej się rozszeżyły.
-Baby i ich pytania - mruknął, potrząsając głową. - Po prostu włóż tą pieprzoną koszulkę!
Kelsey podskoczyła, zasoczona nagłym wybuchem gniewu chłopaka. Obleciał ją strach.
-Po co to? - szepnęła.
-Dla mojego zdrowia - gorzko odpowiedział. - Jak myślisz? - odpowiedział sarkastycznie, jakby to była najprostrza rzecz na świecie. - Zostajesz na noc - wymamrotał. Dziewczynie opadła szczęka.
-Myślałam, że wychodzę.
-Naprawdę? Cóż, źle myślałaś. Zostajesz na noc. Nałóż to i czuj się swobodnie, bo dopóki mam coś do powiedzenia, to nigdzie nie idziesz.
Kelsey zacisnęła powieki.
-Gdzie mam spać?
-Na podłodze. Baw się dobrze - Justin odwrócił się, pomachał jej zza pleców i wyszedł z pokoju, zamykając go na klucz. - Głupie, irytujące suki.
Przebiegł dłonią po włosach. Nawet się nie zorientował, że idzie wzdłóż korytarza, dopóki nie wszedł ponownie do pokoju Kayli.
-Kurwa, czego chcesz tym razem? - syknęła.
Chłopak ją zignorował, po czym oplótł ją ręką w talii i złączył ich usta w pocałunku.
W przeciągu kilku chwil, oboje pozbyli się ubrań i leżeli na łóżku dziewczyny. Ich nagie ciała przyciśnięte do siebie, poruszające się rytmicznie.
Jeśli Kayla była w czymkolwiek dobra, było to pomaganie Justinowi zapomnieć o wszystkim, a to było dokładnie to, czego potrzebował.
Zapomnieć.
~~
CAŁY rodział z punktu widzenia Dangera :D Jak sądzicie, był nieco zbyt niemiły dla Kelsey? Potrzebnie wdawał się w bójkę z Bruce'm?
piątek, 7 grudnia 2012
wtorek, 4 grudnia 2012
Five.
Jadę do domu mordercy/byłego skazańca. Wow, to coś godnego powiedzenia moim dzieciom, gdy dorosnę.
Westchnęłam, kręcąc się w siedzeniu. Skłamałabym mówiąc, że się nie denerwowałam.
Skłamałabym również, jeśli powiedziałabym, że nie poczułam się zażenowana, gdy mój tyłek otarł się o skórzane obicie, co zabrzmiało jakbym pierdnęła. Danger zachichotał.
-Nie wygodnie ci? - uśmiechnął się łobuzersko, przelotnie na mnie zerkając. Poczułam jak czerwienią mi się policzki.
-Nie, po prostu... dostaję choroby lokomocyjnej - skłamałam, niekontrolownie wzruszając ramionami. Potrząsnął głową.
-Cokolwiek powiesz, shawty.
Wywróciłam oczami. Ten chłopak naprawdę potrzebuje pomocy.
-Nie wywracaj na mnie oczami, dziwko. Pamiętaj - brutalnie złapał mój podbródek, odwracając w swoją stornę - jesteś w moim samochodzie.
Skrzywiłam się z bólu, czując jego dotyk. Mogłam jedynie przytaknąć.
-To dobrze - odepchnął mnie, kładąc rękę spowrotem na kierownicy.
Przygryzłam wargę, zmuszając siebie do nie powiedzenia czegoś, czego bym później żałowała. Zamiast tego spojrzałam w okno, chcąc jedynie być już w swoim ciepłym łóżku. Bezpieczna tam, gdzie powinnam być.
Wreszcie dotarliśmy do miejsca, które, jak zgadywałam, było jego domem. Zaparkował w czymś, co wyglądało jak garaż. Nie mogłam się powstrzymać, szczęka sama mi opadła na widok całego mieszkania. Muszę przyznać, byłam pod wrażeniem.
Odwracając się, cierpliwie czekałam na to, co ma się stać. Odchyliłam głowę w tył, myśląc jakim cudem to się wydarzyło i jak smutne okazało się moje życie.
Nie mogę do końca powiedzieć, że jestem rozczarowana. To znaczy, czułam, że coś takiego nadejdzie. Nigdy tylko nie sądziłam, że potoczy się właśnie tak.
Z wszystkich rzeczy, których mogłam być dziś świadkiem - ktoś się najebie i będzie wszędzie rzygał, dziewczyna zrobi striptiz (takie rzeczy się już zdarzały), przeszkodzę parze bardzo zajętej sobą - ale nie. Ja widziałam jak ktoś został zamordowany.
Im więcej nad tym myślałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że moje życie zmieniało się w wielką operę mydlaną.
Byłam cichą dziewczyną, odrabiałam prace domowe, słuchałam rodziców, dobrze się uczyłam i dbałam o siebie. Nie traciłam kontroli, gdy gdzieś wychodziłam, ogólnie byłam dobrą osobą. Byłam nieśmiała, nieco dziwna, czasem za dużo gadałam...
Robiłam dobre rzeczy. Nigdy nie zrobiłam czegoś 'złego'... Aż do dziś, kiedy się wymknęłam, co było chyba pierwszym razem, gdy zrobiłam coś, co mogło mnie wpędzić w kłopoty.
A teraz byłam tu, w samochodzie mordercy, który zabrał mnie do siebie.
Musiałam na chwilę odlecieć, bo nawet nie zauważyłam, że Danger wysiadł, dopóki drzwi z mojej strony się otworzyły, a ja prawie wypadłam.
Jęknęłam.
Chłopak cicho się zaśmiał, co sprawiło, że jęknęłam jeszcze głośniej.
-Nie śmiesznie - wytknęłam, wyskakując z jego range rovera.
-Dla mnie tak - wzruszył ramionami, po czym zatrzasnął drzwi i mnie wyprzedził.
Dyskretnie wywróciłam oczami, idąc krok za nim. Ostanim, czego potrzebowałam, było zgubienie się i przeżywanie Bóg wie czego.
Bycie zabranym przez mordercę było wystarczające, nie musiałam robić już nic głupiego.
Nerwowo przebierałam nogami, gdy on szukał kluczy w kieszeniach. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, co się ze mną stanie.
Powiedział, że nie umrę, ale kto wie czy była to prawda? Widziałam, jak kogoś zabijał, więc miałam do czynienia z mordercą. Nie, żebym coś zarzucała, ale kto wie czy im można ufać?
-Wchodzisz czy mam cię wnieść do środka?
-Huh? - spojrzałam na niego zaciekawionym wzrokiem, wyrwana z zamyślenia.
Potrząsnął głową. Złapał mnie za rękę, po czym wepchnął do środka i zamnął za nami drzwi. Spojrzał na mnie, odwracając głowę.
- Idź za mną - skinął w kierunku schodów. Przytaknęłam.
Wchodząc po stopniach, przygryzłam wargę, próbując nie zwrócić na siebie uwagi nikogo, kto mógłby tu być tak późno.
Przy okazji, która była teraz godzina?
-Która godzina? - wypaliłam nagle. Coś takiego przydarzało mi się w takich sytuacjach. Mówiłam swoje myśli na głos.
-Za piętnaście druga. Czemu pytasz? - wszedł do, jak zgaduję, swojego pokoju.
Szeroko otworzyłam oczy, uświadamiając sobie co powiedział. Kiedy wrócę do domu, będę martwa. To zanczy, jeśli wrócę.
-Bez powodu - westchnęłam.
Wzruszył ramionami, wchodząc głębiej do pokoju. Zatrzasnęły sie za nami drzwi.
Rozejrzałam się wokół. Pomieszczenie było wielkie. Na środku stało ogromne łóżko z burgundową pościelą i czarną kołdrą. Ściany były ciemne, wiśniowo-brązowe.
Byłam w całkowitym zachwycie.
-Podoba ci się? - łobuzersko się uśmiechnął, podnosząc brew. Przygryzłam środek policzka, po czym pokiwałam głową.
-To jest... chyba trzy razy większe od mojego pokoju!
Szatyn tylko się zaśmiał.
-Cóż, nie przyzwyczajaj się. Niedługo stąd wychodzisz. Muszę tylko ogarnąć kilka rzeczy. Do tego czasu powinnaś byc gotowa do wyjścia.
Przytaknęłam, wciąż podziwiając pokój, w którym stałam.
Nagle drzwi się otworzyły, ukazując stojącą w nich drobną dziewczynę, mniej więcej w moim wieku. Miała długie,czarne loki i hipnotyzujące oczy, kolorem przypominające ocean. Zszokowana zamarłam.
Była przepiękna.
Gdy na mnie spojrzała, na jej twarzy pojawiła się mieszanka strachu i obrzydzenia. Wzdrygnęłam się.
-Co na tu robi? - warknęła głosem przepełnionym jadem.
Próbowałam odwrócić wzrok, ale coś kazało mi patrzeć jej w oczy. Danger odwrócił się ze złością w oczach.
-Nie zaczynaj - krzyknął niskim głosem. Przeszły mnie drzeszcze.
Kpiąc sobie, zarzuciła włosami, spojrzała na chłopaka, po czym znów na mnie i wywróciła oczami. Patrząc na mnie po raz ostatni, z odrazą wymalowaną na twarzy, odwróciła się na szpilkach swoich obacasów od Louisa Vuittona i wyszła z pokoju. Przełknęłam ślinę.
-O co chodziło? - pisnęłam. Chłopak wciąż patrzył na drzwi, przez które wyszła.
-Nie przejmuj się tym - warknął pod nosem. Przepchnął się obok mnie i także opuścił pomieszczenie, zostawiając mnie samą z pytaniem, co się stało i rozważaniem, czy była w tym moja wina.
Coś, czego nauczyłam się w przeszłości : Najczęściej, gdy ludzie mówią 'Nie przejmuj się', zdecydowanie powinieneś zrobić na odwrót.
~~
Są u Justina. Co stanie się teraz z Kelsey? Czy Danger ją zabije? A może pozwoli żyć? :O
Westchnęłam, kręcąc się w siedzeniu. Skłamałabym mówiąc, że się nie denerwowałam.
Skłamałabym również, jeśli powiedziałabym, że nie poczułam się zażenowana, gdy mój tyłek otarł się o skórzane obicie, co zabrzmiało jakbym pierdnęła. Danger zachichotał.
-Nie wygodnie ci? - uśmiechnął się łobuzersko, przelotnie na mnie zerkając. Poczułam jak czerwienią mi się policzki.
-Nie, po prostu... dostaję choroby lokomocyjnej - skłamałam, niekontrolownie wzruszając ramionami. Potrząsnął głową.
-Cokolwiek powiesz, shawty.
Wywróciłam oczami. Ten chłopak naprawdę potrzebuje pomocy.
-Nie wywracaj na mnie oczami, dziwko. Pamiętaj - brutalnie złapał mój podbródek, odwracając w swoją stornę - jesteś w moim samochodzie.
Skrzywiłam się z bólu, czując jego dotyk. Mogłam jedynie przytaknąć.
-To dobrze - odepchnął mnie, kładąc rękę spowrotem na kierownicy.
Przygryzłam wargę, zmuszając siebie do nie powiedzenia czegoś, czego bym później żałowała. Zamiast tego spojrzałam w okno, chcąc jedynie być już w swoim ciepłym łóżku. Bezpieczna tam, gdzie powinnam być.
Wreszcie dotarliśmy do miejsca, które, jak zgadywałam, było jego domem. Zaparkował w czymś, co wyglądało jak garaż. Nie mogłam się powstrzymać, szczęka sama mi opadła na widok całego mieszkania. Muszę przyznać, byłam pod wrażeniem.
Odwracając się, cierpliwie czekałam na to, co ma się stać. Odchyliłam głowę w tył, myśląc jakim cudem to się wydarzyło i jak smutne okazało się moje życie.
Nie mogę do końca powiedzieć, że jestem rozczarowana. To znaczy, czułam, że coś takiego nadejdzie. Nigdy tylko nie sądziłam, że potoczy się właśnie tak.
Z wszystkich rzeczy, których mogłam być dziś świadkiem - ktoś się najebie i będzie wszędzie rzygał, dziewczyna zrobi striptiz (takie rzeczy się już zdarzały), przeszkodzę parze bardzo zajętej sobą - ale nie. Ja widziałam jak ktoś został zamordowany.
Im więcej nad tym myślałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że moje życie zmieniało się w wielką operę mydlaną.
Byłam cichą dziewczyną, odrabiałam prace domowe, słuchałam rodziców, dobrze się uczyłam i dbałam o siebie. Nie traciłam kontroli, gdy gdzieś wychodziłam, ogólnie byłam dobrą osobą. Byłam nieśmiała, nieco dziwna, czasem za dużo gadałam...
Robiłam dobre rzeczy. Nigdy nie zrobiłam czegoś 'złego'... Aż do dziś, kiedy się wymknęłam, co było chyba pierwszym razem, gdy zrobiłam coś, co mogło mnie wpędzić w kłopoty.
A teraz byłam tu, w samochodzie mordercy, który zabrał mnie do siebie.
Musiałam na chwilę odlecieć, bo nawet nie zauważyłam, że Danger wysiadł, dopóki drzwi z mojej strony się otworzyły, a ja prawie wypadłam.
Jęknęłam.
Chłopak cicho się zaśmiał, co sprawiło, że jęknęłam jeszcze głośniej.
-Nie śmiesznie - wytknęłam, wyskakując z jego range rovera.
-Dla mnie tak - wzruszył ramionami, po czym zatrzasnął drzwi i mnie wyprzedził.
Dyskretnie wywróciłam oczami, idąc krok za nim. Ostanim, czego potrzebowałam, było zgubienie się i przeżywanie Bóg wie czego.
Bycie zabranym przez mordercę było wystarczające, nie musiałam robić już nic głupiego.
Nerwowo przebierałam nogami, gdy on szukał kluczy w kieszeniach. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, co się ze mną stanie.
Powiedział, że nie umrę, ale kto wie czy była to prawda? Widziałam, jak kogoś zabijał, więc miałam do czynienia z mordercą. Nie, żebym coś zarzucała, ale kto wie czy im można ufać?
-Wchodzisz czy mam cię wnieść do środka?
-Huh? - spojrzałam na niego zaciekawionym wzrokiem, wyrwana z zamyślenia.
Potrząsnął głową. Złapał mnie za rękę, po czym wepchnął do środka i zamnął za nami drzwi. Spojrzał na mnie, odwracając głowę.
- Idź za mną - skinął w kierunku schodów. Przytaknęłam.
Wchodząc po stopniach, przygryzłam wargę, próbując nie zwrócić na siebie uwagi nikogo, kto mógłby tu być tak późno.
Przy okazji, która była teraz godzina?
-Która godzina? - wypaliłam nagle. Coś takiego przydarzało mi się w takich sytuacjach. Mówiłam swoje myśli na głos.
-Za piętnaście druga. Czemu pytasz? - wszedł do, jak zgaduję, swojego pokoju.
Szeroko otworzyłam oczy, uświadamiając sobie co powiedział. Kiedy wrócę do domu, będę martwa. To zanczy, jeśli wrócę.
-Bez powodu - westchnęłam.
Wzruszył ramionami, wchodząc głębiej do pokoju. Zatrzasnęły sie za nami drzwi.
Rozejrzałam się wokół. Pomieszczenie było wielkie. Na środku stało ogromne łóżko z burgundową pościelą i czarną kołdrą. Ściany były ciemne, wiśniowo-brązowe.
Byłam w całkowitym zachwycie.
-Podoba ci się? - łobuzersko się uśmiechnął, podnosząc brew. Przygryzłam środek policzka, po czym pokiwałam głową.
-To jest... chyba trzy razy większe od mojego pokoju!
Szatyn tylko się zaśmiał.
-Cóż, nie przyzwyczajaj się. Niedługo stąd wychodzisz. Muszę tylko ogarnąć kilka rzeczy. Do tego czasu powinnaś byc gotowa do wyjścia.
Przytaknęłam, wciąż podziwiając pokój, w którym stałam.
Nagle drzwi się otworzyły, ukazując stojącą w nich drobną dziewczynę, mniej więcej w moim wieku. Miała długie,czarne loki i hipnotyzujące oczy, kolorem przypominające ocean. Zszokowana zamarłam.
Była przepiękna.
Gdy na mnie spojrzała, na jej twarzy pojawiła się mieszanka strachu i obrzydzenia. Wzdrygnęłam się.
-Co na tu robi? - warknęła głosem przepełnionym jadem.
Próbowałam odwrócić wzrok, ale coś kazało mi patrzeć jej w oczy. Danger odwrócił się ze złością w oczach.
-Nie zaczynaj - krzyknął niskim głosem. Przeszły mnie drzeszcze.
Kpiąc sobie, zarzuciła włosami, spojrzała na chłopaka, po czym znów na mnie i wywróciła oczami. Patrząc na mnie po raz ostatni, z odrazą wymalowaną na twarzy, odwróciła się na szpilkach swoich obacasów od Louisa Vuittona i wyszła z pokoju. Przełknęłam ślinę.
-O co chodziło? - pisnęłam. Chłopak wciąż patrzył na drzwi, przez które wyszła.
-Nie przejmuj się tym - warknął pod nosem. Przepchnął się obok mnie i także opuścił pomieszczenie, zostawiając mnie samą z pytaniem, co się stało i rozważaniem, czy była w tym moja wina.
Coś, czego nauczyłam się w przeszłości : Najczęściej, gdy ludzie mówią 'Nie przejmuj się', zdecydowanie powinieneś zrobić na odwrót.
~~
Są u Justina. Co stanie się teraz z Kelsey? Czy Danger ją zabije? A może pozwoli żyć? :O
Wiem, że pierwsze rozdziały są:
a)odrobinę nudne
b) krótkie.
Ale hej, to nie potrwa długo ;) Im dalej, tym dłużej i ciekawiej.
Ah, i jeszcze jedno. Do przerwy świątecznej rozdziały mogą pojawiać się odrobinę rzadziej, ponieważ muszę bardzo się skupić na nauce. Więc jeśli po dwóch dniach czegoś nie dodam, przepraszam, to nie jest zależne ode mnie.
MUCH LOVE. xx
sobota, 1 grudnia 2012
Four.
Mój żołądek boleśnie się skręcił.
-Cóż, to pocieszające - skarastycznie odpowiedziałam, spoglądając na zewnątrz ze zmartwieniem w oczach. Niski dźwięk dobiegł z jego gardła, chwilę później chłopak zachichotał.
-Masz poczucie humoru, podoba mi się to - wypuścił dym przez okno, które chwilę później zamknął.
-Ta, chciałabym też przeżyć, więc mógłbyś powiedzieć mi gdzie jedziemy, bo na razie nie jestem zbyt uspokojona - mruknęłam.
-Uspokój się,shawty, nie zabiję cię - znów wypuścił dym z ust, tym razem nie otwierając okna. Mglista substancja przeleciała przez samochód, po czym powoli zniknęłam. Kiedy skończył palić, wyrzucił niedopałek do małej popielniczki.
-Skąd mam pewność? Jestem w samochodzie z mordercą - wywróciłam oczami, krzyżyjąc ręce na piersi.
-Masz zamiar wytykać mi to za każdym razem, kiedy się odezwę? - warknął, a jego oczy pociemniały. Odchrząknęłam, kręcąc głową.
-Nie - odpowiedziałam piskliwym głosem. - Przepraszam - wzięłam głęboki oddech. Pot oblał moje ciało.
-To dobrze, bo nie jestem w nastroju, żeby cię słuchać - znów spojrzał na drogę, wracając do swojego spokojnego ja. - Chyba, że uważasz denerwowanie mnie za stosowne.
Ten dzieciak jest A, chory psychicznie. B, szalony. C, bipolarny*.
Jak do tej pory najbardziej trafna wydaje się opcja C.
-O Jezu, dzięki - każde moje słowo było przepełnione sarkazmem. - Powiem ci, że jesteś niewzykle sympatyczny.
Niezręczna cisza, która zapadła między nami, wcale nie pomogła sytuacjii, w której się znajdowałam. Zerkałam na niego, czując jak skręca mi się brzuch.
-Naprawdę myślisz, że mnie to obchodzi? - syknął z jadem w głosie. Jego palce z ciasno trzymały kierownicę. Wiedziałam, bo od tego uścisku pobielały mu knykcie.
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego westchnęłam, czekając. Nawet nie próbowałam już otwierać ust, ale wyglądało na to, że Justin nie jest z tego zadowolony.
-Odpowiesz czy będziesz dalej mnie ignorowała jak idiotka? - syknął. Gwałtownie wzięłam oddech.
Jaki on miał problem?
-Co do cholery mam ci powiedzieć? - odpyskowałam, sfrustrowana jego zachowaniem.
-Nie wiem, cokolwiek! - skręcił w kolejną uliczkę. - Nie ignoruj mnie.
-Myślałam, że nie chcesz, żebym się odzywała - podniosłam brew, patrząc z niedowierzaniem.
-Nie - opowiedział monotonnie. - Nie chciałem, żebyś wykorzystywała co widziałaś przeciwko mnie. Nie mówiłem, że masz nic nie mówić.
-Cokolwiek - mruknęłam. Jeśli chciał, żebym się do niego odzywała, to było najwięcej, na co może liczyć.
Miałam przewagę, bo chłopak wreszcie się zamknął, zawieszając wzrok na ulicy przed nim.
Złapałam się na skakaniu wzrokiem po wszystkim, co przykuło moją uwagę, dopóki nie zrobiło się to nudne, a moje oczy napotkały jego profil.
Nie będę kłamać, był naprawdę przystojny, wręcz cholernie. Jego żuchwa była zaciśnięta. Przyznaję, wyglądało to sexy. Zaczęłam liczyć piegi na jego szyi. Gdy doszłam do czterech, usłyszałam jak sfrustrowany wzdycha, po czym odwrócił głowę w moją stronę.
-Co? Mam coś na twarzy?
Potrząsnęłam głową.
Po prostu chciałam wrócić do domu.
Albo był medium albo zwyczajnie wiedział co myślę, bo to, co powiedział chwilę później całkiem mnie zaskoczyło.
-Spójrz, widziałaś za dużo. Nie mogę po prostu pozwolić ci odejść po tym, czego byłaś świadkiem. Byłbym idiotą - oblizał usta. Zerknął na mnie, nie przekręcając głowy.
Dodało mi to otuchy, ale nie mogłam przestac byc poddenerwowana.
- Obiecuję - dodał szybko. Jedynie kiwnęłam głową.
W co ja się wpakowałam? Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło, co musiało mu uświadomić, że nie za bardzo odpowiadało mi to, co się właśnie działo, ponieważ znów się odezwał.
-Byłem szczery, kiedy powiedziałem, że cię nie skrzywdzę. Muszę tylko przemyśleć kilka rzeczy, okej? Niedługo będziesz w domu.
Słysząc jego słowa, wreszcie ogarnęła mnie ulga, ale to nie wystarczało, żebym myślała rozsądnie. Oblizując usta, wzięłam kilka głębokich wdechów, próbując przestać się denerwować, gdy kolejny chichot rozbrzmiał w samochodzie.
-Rodzisz czy cos gwiżdżesz, bo brzmisz jakbyś miała się zaraz zesrać - chyba uznał swój żart za zabawny, co sprawiło, że też zaczęłam się śmiać. Głośno.
-Uroczo się śmiejesz - łobuzersko się uśmiechnął, kiwając na mnie głową. Poczułam jak policzki robią mi się czerwone.
Yup. On zdecydowanie jest bipolarny.
-Dzięki? Myślałam, że brzmię jak hiena - wzruszyłam ramionami.
Tym razem wybuchnął śmiechem, łapiąc kierownicę, aby nie stracić panowania - coś, czego nie musimy dodawać do listy pierdół, które już musi dźwigać.
-Jesteś zabawna.
-Próbuję - strzepnęłam z ramienia niewidzialny pyłek, co doprowadziło do kolejnego napadu śmiechu. To była miła odmiana.
-Jesteś pierwszą zabraną przeze mnie dziewczyną, która ma takie poczucie humoru - zastygłam, uświadamiając sobie co powiedział.
-Brałeś inne dziewczyny? - odwróciłam się w jego kierunku z szeroko otwartymi oczami, na co on po raz trzeci się zaśmiał. Wow, musimy spalać sporo kalorii.
-Tylko żartuję! - chwycił się prawą ręką za brzuch, drugą trzymając górę kierownicy. - Żałuj, że nie widziałaś swojej twarzy. Jedno słowo - spojrzał na mnie. - Bezcenne.
-Ha ha, bardzo zabawne - sztucznie się uśmiechnęłam, na co on posłał mi uśmiech, za który mogłabym umrzeć.
-Masz miły uśmiech - wypaliłam, czując zażenowianie, gdy sobie uświadomiłam, że powiedziałam to na głos.
-Dzięki - uśmiechnął się, ukazując szereg białych zębów. - Sama masz uroczy uśmiech - mogłam teraz zobaczyć prawie wszystkie jego zęby.
Potrząsając głową, oparłam się o siedzenie. Wiedząc, że minie troche czasu zanim wrócę do domu, włączyłam radio, jednak po chwili chłopak je wyłączył.
-Hej!
-Nie lubię muzyki - powiedział monotonnym tonem.
-Kto nie lubi muzyki? - zmarszczyłam brwi.
-Ja, a teraz ucisz się i pozwól mi prowadzić. Muszę pomyśleć - warknął, po czym odchrząknął i zaczął się uspokajać. Miałam szansę wyciągnąć z niego prawdę.
-Okej, skoro myślisz, możesz mi powiedzieć gdzie jedziemy?
-Kurewsko niecierpliwa - mruknął zachrypniętym głosem. Wyciągnąwszy następnego papierosa, odpalił go przed włożeniem do ust. - Jedziemy do mojego mieszkania - wymamrotał, otwierając okno i wypuszczając przez nie dym.
O Boże, teraz mi pomóż.
~~
Aww, Danger potrafi być uroczy :) Jak sądzicie, co czeka Kelsey? Jak zachowa się Justin?
-Cóż, to pocieszające - skarastycznie odpowiedziałam, spoglądając na zewnątrz ze zmartwieniem w oczach. Niski dźwięk dobiegł z jego gardła, chwilę później chłopak zachichotał.
-Masz poczucie humoru, podoba mi się to - wypuścił dym przez okno, które chwilę później zamknął.
-Ta, chciałabym też przeżyć, więc mógłbyś powiedzieć mi gdzie jedziemy, bo na razie nie jestem zbyt uspokojona - mruknęłam.
-Uspokój się,shawty, nie zabiję cię - znów wypuścił dym z ust, tym razem nie otwierając okna. Mglista substancja przeleciała przez samochód, po czym powoli zniknęłam. Kiedy skończył palić, wyrzucił niedopałek do małej popielniczki.
-Skąd mam pewność? Jestem w samochodzie z mordercą - wywróciłam oczami, krzyżyjąc ręce na piersi.
-Masz zamiar wytykać mi to za każdym razem, kiedy się odezwę? - warknął, a jego oczy pociemniały. Odchrząknęłam, kręcąc głową.
-Nie - odpowiedziałam piskliwym głosem. - Przepraszam - wzięłam głęboki oddech. Pot oblał moje ciało.
-To dobrze, bo nie jestem w nastroju, żeby cię słuchać - znów spojrzał na drogę, wracając do swojego spokojnego ja. - Chyba, że uważasz denerwowanie mnie za stosowne.
Ten dzieciak jest A, chory psychicznie. B, szalony. C, bipolarny*.
Jak do tej pory najbardziej trafna wydaje się opcja C.
-O Jezu, dzięki - każde moje słowo było przepełnione sarkazmem. - Powiem ci, że jesteś niewzykle sympatyczny.
Niezręczna cisza, która zapadła między nami, wcale nie pomogła sytuacjii, w której się znajdowałam. Zerkałam na niego, czując jak skręca mi się brzuch.
-Naprawdę myślisz, że mnie to obchodzi? - syknął z jadem w głosie. Jego palce z ciasno trzymały kierownicę. Wiedziałam, bo od tego uścisku pobielały mu knykcie.
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego westchnęłam, czekając. Nawet nie próbowałam już otwierać ust, ale wyglądało na to, że Justin nie jest z tego zadowolony.
-Odpowiesz czy będziesz dalej mnie ignorowała jak idiotka? - syknął. Gwałtownie wzięłam oddech.
Jaki on miał problem?
-Co do cholery mam ci powiedzieć? - odpyskowałam, sfrustrowana jego zachowaniem.
-Nie wiem, cokolwiek! - skręcił w kolejną uliczkę. - Nie ignoruj mnie.
-Myślałam, że nie chcesz, żebym się odzywała - podniosłam brew, patrząc z niedowierzaniem.
-Nie - opowiedział monotonnie. - Nie chciałem, żebyś wykorzystywała co widziałaś przeciwko mnie. Nie mówiłem, że masz nic nie mówić.
-Cokolwiek - mruknęłam. Jeśli chciał, żebym się do niego odzywała, to było najwięcej, na co może liczyć.
Miałam przewagę, bo chłopak wreszcie się zamknął, zawieszając wzrok na ulicy przed nim.
Złapałam się na skakaniu wzrokiem po wszystkim, co przykuło moją uwagę, dopóki nie zrobiło się to nudne, a moje oczy napotkały jego profil.
Nie będę kłamać, był naprawdę przystojny, wręcz cholernie. Jego żuchwa była zaciśnięta. Przyznaję, wyglądało to sexy. Zaczęłam liczyć piegi na jego szyi. Gdy doszłam do czterech, usłyszałam jak sfrustrowany wzdycha, po czym odwrócił głowę w moją stronę.
-Co? Mam coś na twarzy?
Potrząsnęłam głową.
Po prostu chciałam wrócić do domu.
Albo był medium albo zwyczajnie wiedział co myślę, bo to, co powiedział chwilę później całkiem mnie zaskoczyło.
-Spójrz, widziałaś za dużo. Nie mogę po prostu pozwolić ci odejść po tym, czego byłaś świadkiem. Byłbym idiotą - oblizał usta. Zerknął na mnie, nie przekręcając głowy.
Dodało mi to otuchy, ale nie mogłam przestac byc poddenerwowana.
- Obiecuję - dodał szybko. Jedynie kiwnęłam głową.
W co ja się wpakowałam? Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło, co musiało mu uświadomić, że nie za bardzo odpowiadało mi to, co się właśnie działo, ponieważ znów się odezwał.
-Byłem szczery, kiedy powiedziałem, że cię nie skrzywdzę. Muszę tylko przemyśleć kilka rzeczy, okej? Niedługo będziesz w domu.
Słysząc jego słowa, wreszcie ogarnęła mnie ulga, ale to nie wystarczało, żebym myślała rozsądnie. Oblizując usta, wzięłam kilka głębokich wdechów, próbując przestać się denerwować, gdy kolejny chichot rozbrzmiał w samochodzie.
-Rodzisz czy cos gwiżdżesz, bo brzmisz jakbyś miała się zaraz zesrać - chyba uznał swój żart za zabawny, co sprawiło, że też zaczęłam się śmiać. Głośno.
-Uroczo się śmiejesz - łobuzersko się uśmiechnął, kiwając na mnie głową. Poczułam jak policzki robią mi się czerwone.
Yup. On zdecydowanie jest bipolarny.
-Dzięki? Myślałam, że brzmię jak hiena - wzruszyłam ramionami.
Tym razem wybuchnął śmiechem, łapiąc kierownicę, aby nie stracić panowania - coś, czego nie musimy dodawać do listy pierdół, które już musi dźwigać.
-Jesteś zabawna.
-Próbuję - strzepnęłam z ramienia niewidzialny pyłek, co doprowadziło do kolejnego napadu śmiechu. To była miła odmiana.
-Jesteś pierwszą zabraną przeze mnie dziewczyną, która ma takie poczucie humoru - zastygłam, uświadamiając sobie co powiedział.
-Brałeś inne dziewczyny? - odwróciłam się w jego kierunku z szeroko otwartymi oczami, na co on po raz trzeci się zaśmiał. Wow, musimy spalać sporo kalorii.
-Tylko żartuję! - chwycił się prawą ręką za brzuch, drugą trzymając górę kierownicy. - Żałuj, że nie widziałaś swojej twarzy. Jedno słowo - spojrzał na mnie. - Bezcenne.
-Ha ha, bardzo zabawne - sztucznie się uśmiechnęłam, na co on posłał mi uśmiech, za który mogłabym umrzeć.
-Masz miły uśmiech - wypaliłam, czując zażenowianie, gdy sobie uświadomiłam, że powiedziałam to na głos.
-Dzięki - uśmiechnął się, ukazując szereg białych zębów. - Sama masz uroczy uśmiech - mogłam teraz zobaczyć prawie wszystkie jego zęby.
Potrząsając głową, oparłam się o siedzenie. Wiedząc, że minie troche czasu zanim wrócę do domu, włączyłam radio, jednak po chwili chłopak je wyłączył.
-Hej!
-Nie lubię muzyki - powiedział monotonnym tonem.
-Kto nie lubi muzyki? - zmarszczyłam brwi.
-Ja, a teraz ucisz się i pozwól mi prowadzić. Muszę pomyśleć - warknął, po czym odchrząknął i zaczął się uspokajać. Miałam szansę wyciągnąć z niego prawdę.
-Okej, skoro myślisz, możesz mi powiedzieć gdzie jedziemy?
-Kurewsko niecierpliwa - mruknął zachrypniętym głosem. Wyciągnąwszy następnego papierosa, odpalił go przed włożeniem do ust. - Jedziemy do mojego mieszkania - wymamrotał, otwierając okno i wypuszczając przez nie dym.
O Boże, teraz mi pomóż.
~~
*wyszukajcie sobie w Google, co znaczy bycie bipolarnym. to swego rodzaju choroba psychiczna.
Aww, Danger potrafi być uroczy :) Jak sądzicie, co czeka Kelsey? Jak zachowa się Justin?
Wiem, że już to robiłam, ale bardzo, BARDZO, dziękuję za wszystkie miłe słowa dotyczące mojego tłumaczenia. Nawet nie macie pojęcie, jak miło mi się robi, gdy czytam takie słowa. Jesteście naprawdę kochani. <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)