sobota, 6 kwietnia 2013

Fifty Six.



Kelsey’s POV

Mój żołądek wykręcił się boleśnie. To nie mogło się teraz dziać.
W momencie, kiedy Justin obok mnie zastygł w bezruchu wiedziałam, że coś jest nie tak. Ale nie spodziewałam się, że będzie to Luke.
Ze wszystkich dni, kiedy mógł tutaj przyjść, wybrał akurat dzisiejszy.
- Kelsey, kochanie, wszystko dobrze? – spytała moja mama ale mimo, że była bardzo blisko odnosiłam wrażenie, jakby jej głos dobiegał z bardzo daleka.
Przełknęłam głośno ślinę, obserwując Luka, który uśmiechnął się flirciarsko – lub z mojej perspektywy – obrzydliwie do osoby obok niego, która położyła mu dłoń na ramieniu, drugą wskazując zapewne ich miejsca.
Odwrócili się idąc do swojego stolika, kiedy niemiła przyjaciółka Luka położyła mu dłoń na klatce piersiowej wskazując na coś, a jego spojrzenie zaczęło przemieszczać się w moim kierunku.
Patrząc na rodziców, uszczypnęłam Justina w rękę żeby zwrócić jego uwagę.
- Kelsey, wszystko w porządku? – na jej twarzy pojawiło się zmartwienie.
- Oh.. uhm.. tak. Wszystko dobrze – potrząsając głową, upiłam łyka swojego picia.
- Trzęsiesz się, skarbie – powiedziała z troską, a ja zdałam sobie sprawę, że faktycznie tak było.
- Kelsey… - zaczął mój tata, patrząc na mnie spod uniesionych brwi. – Jesteś pewna, że wszystko jest w porządku?
Justin wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że mógłby bez problemu wypalić mi w twarzy dziurę. Wiedziałam, że chciał coś powiedzieć ale gdyby to zrobił, byłoby już po jego przykrywce. Oblizałam usta i odkaszlnęłam.
- Tak tylko.. wydawało mi się, że widziałam robaka.. albo coś – machnęłam dłonią, próbując zmienić temat.
- Robaka? – spytał Dennis, po raz pierwszy odkąd się tu znaleźliśmy.
- Tak – syknęłam. – Robaka.
Kiedy zobaczyłam zdziwienie na jego twarzy, dopadło mnie poczucie winy.
- Przepraszam, nie chciałam na ciebie naskoczyć – westchnęłam i podniosłam się z miejsca. – Wybaczycie mi na moment?
- Gdzie idziesz? – spytał mój tata, zaskoczony tą całą sytuacją.
- Do łazienki
Moja mama machnęła dłonią pokazując mi, że mogę iść.
Uśmiechnęłam się do niej i w tym samym czasie pokazałam Justinowi wzrokiem, że jestem zaniepokojona i zdenerwowana. Wstając ze swojego miejsca poczekał, aż przejdę. Przyłożył dłoń do mojego policzka. Pochylając się, przycisnął do niego swoje usta.
- Wszystko będzie dobrze – mruknął.
- Wiem – szepnęłam, lekko się do niego uśmiechając po czym odsunęłam się, a Justin śledził mnie wzrokiem całą drogę do łazienki.
Ciągnąc za klamkę weszłam do środka, po czym podskoczyłam zaskoczona na dźwięk zamykanych drzwi.
Przeklinając swoje życie, spróbowałam się uspokoić. Podeszłam do zlewu, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze.
Moja twarz pozbawiona była swoich naturalnych barw, a ja wyglądałam jakbym zobaczyła ducha. Moje policzki były zaczerwienione, a dłonie strasznie zaczęły mi się pocić.
Oblizałam usta i odkręciłam kurek, pozwalając zimnej wodzie płynąć po moich rękach. Gęsia skórka pojawiła się na mojej skórze, z powodu zimna. Przycisnęłam dłonie do policzków, próbując pozbyć się z nich tego gorąca. Zerwałam kawałek papieru, teraz dla odmiany się osuszając. Wzięłam głęboki oddech patrząc na odbicie w lustrze osoby, która nawet nie przypominała mnie.
 Kiedy moje życie stało się tak tragiczne?
Dlaczego Bóg mnie tak bardzo nienawidzi?
Chciałam tylko przeżyć jeden szczęśliwy wieczór, w którym mogłabym cieszyć się chwilą a nie o coś martwić. Wszystko zaczynało być dobrze, więc oczywiście coś musiało się zdarzyć.
Potrząsając głową spróbowałam pozbyć się łez, które desperacko próbowały się wydostać. Zdecydowałam, że najlepiej będzie wrócić do stolika. I tak wyglądałam już wystarczająco podejrzanie.
Otworzyłam drzwi, żeby wyjść z łazienki, kiedy poczułam parę rąk, z siłą przyciskających mnie do ściany. Z moich ust wydobył się wrzask, spowodowany nagłym bólem, a ktoś przycisnął do nich swoją dłoń. Zaalarmowana popatrzyłam w górę, gdzie zobaczyłam Luka.
Mój żołądek wywrócił się do góry nogami w strachu, ale tak jak poprzednim razem, próbowałam to ukryć. Kiedy wystarczająco się uspokoiłam, odsunął rękę.
- Puszczaj mnie – powiedziałam, próbując wyrwać się z jego uścisku.
- Nie mogę tego zrobić, skarbie – odpowiedział, powodując ciarki przechodzące moje ciało.
- Luke, tutaj są ludzie. Nie ujdzie ci to na sucho, jeśli nie zabierzesz ze mnie swoich ohydnych łap.
- Ou, wciąż zadziorna, tak jak ostatnim razem kiedy się widzieliśmy – uśmiechnął się. – Chyba nie chcesz powtórki z tego, co się wtedy stało? – nie odezwałam się ani słowem, a on twardo się we mnie wpatrywał.
Spróbowałam się wydostać, bardzo chcąc stąd uciec. Jeśli Justin by nas zobaczył, kolacja obróciła by się w najgorsze, co mogłoby się stać.
A w końcu zaczęło się nam układać.
- Sugeruję, żebyś przestała się ruszać, albo skręcę twoją małą, piękną szyjkę.
- Puszczaj mnie, albo przysięgam, że zacznę krzyczeć – ostrzegłam.
- Zrób to, a odstrzelę ci głowę – szepnął, wbijając palce w skórę moich ramion.
Zastygłam.
- Czego chcesz?
Zachichotał, przysuwając swoją głowę do mojego ucha.
- Ciebie.

Justin’s POV

Minęło koło dziesięć minut, odkąd Kelsey poszła do łazienki, a ja zaczynałem się martwić. Wiedziałem, że dziewczynom zawsze to tyle zajmuje, ale z Lukiem w pobliżu, mogłem myśleć tylko o najgorszym.
- Mam nadzieję, że wszystko z nią w porządku – Melissa mruknęła do swojego męża.
- Nie masz się o co martwić – nawet jeśli Paul wydawał się być spokojny, denerwował się tak samo jak jego żona.
- Justin, wiesz może co jej się stało? – Paul odwrócił się do mnie, a na jego twarzy malowała się jedynie troska o swoją córkę.
Potrząsnąłem głową i podniosłem się z miejsca.
- Nie, ale może pójdę to sprawdzić.
Uniósł brew, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Chyba nie chcesz wejść do środka łazienki?
Zachichotałem.
- Nie, proszę pana. Zapukam tylko do drzwi od zewnątrz.
Kiwając głową odwrócił się, próbując przestać się martwić.
- Może to ja powinnam pójść i zobaczyć, czy wszystko w porządku? – Melissa wstała, a coś w środku od razu powiedziało mi, żeby jej na to nie pozwolić.
- Nie! – powiedziałem głośniej, niż zamierzałem.  – To znaczy.. chyba nie chcesz, żeby myślała, że jej nie ufasz? Ja mogę iść – wymuszając uśmiech odszedłem stamtąd, zanim zdążyli się odezwać.
Uśmiechając się do przechodzących osób, skręciłem w stronę łazienek. Przeszedłem obok pomieszczenia dla mężczyzn i nagle uderzył mnie nagły widok.
Luke trzymający Kelsey przyciśniętą do ściany.
Złość wystrzeliła w moich żyłach, a ja mocno zacisnąłem szczękę podchodząc do nich. Złapałem Luka za koszulkę i odciągnąłem go od niej.
- Co ty kurwa myślisz, że robisz?
Wściekłość pojawiła się w jego oczach, a jego ramiona zgarbiły się jak u zwierzęcia, gotowego na atak. Jeśli ten sukinsyn chciał walki, byłem na to gotowy. Pobiłbym tego kutasa i sprawiłbym, że błagałby o litość.
Łapiąc Kelsey za nadgarstek, pociągnąłem ją za siebie, żeby móc ją obronić tak, jak obiecałem.
- Możesz schować swoją dziewczynę, ale to nie powstrzyma mnie przed zabiciem ciebie i tej małej suki – zadrwił Luke, dokładnie wiedząc co powiedzieć, żeby mnie zdenerwować.
- Nazwij ją tak jeszcze raz, a cię zabiję – syknąłem.
- Ou, ale się boję – udał, że przebiegają go dreszcze i wywrócił oczami pokazując, że zupełnie go to nie obchodziło.
Dokładnie znałem jego sztuczki i nie mogłem pozwolić mu mnie podejść. Nie wtedy, kiedy między mną a Kelsey było tak dobrze.
- Jesteś cipą Delgado – powiedziałem, z odrazą wymalowaną na twarzy. – Tylko taki amator jak ty, spróbowałby rozwiązać problem w publicznym miejscu. Każda szanująca się osoba wiedziałaby, że walka powinna zostać rozegrana na zewnątrz, bez żadnych świadków.
- Nie, Bieber. Tutaj chodzi o technikę. Wiem, jak grać w tą grę lepiej, niż ci się wydaje – uśmiechnął się.
Parsknąłem śmiechem.
- Jesteś żałosny jeśli myślisz, że uda ci się wygrać. Już raz ci powiedziałem, że to ja zawsze wyjdę pierwszy i nic co powiesz tego nie zmieni.
- Tak, to dlatego wciąż tutaj jestem? – rozłożył ramiona i obrócił się wokół własnej osi.
- Jedynym powodem dla którego wciąż oddychasz jest to, że byłem w stanie uspokoić się, żeby bardziej nie skrzywdzić swojej dziewczyny. W przeciwieństwie do ciebie, Delgado, ja mam szacunek dla dziewczyn – czułem narastającą ochotę na zabicie go.
Kelsey wyczuła to i położyła dłoń na moim ramieniu, przyciskając usta do mojego ucha.
- Nie rób tego tutaj – szepnęła, a ja wiedziałem, że miała rację.
Pokiwałem głową, próbując się uspokoić.
- Nie mam czasu na twoje gówno. Radzę, żebyś stąd spieprzał, bo inaczej tego pożałujesz.
- Odchodzisz? – zadrwił Luke, potrząsając głową. – A to mnie nazywasz cipą.
- Coś, co ci się nigdy nie uda – odpowiedziałem, ciągnąc za sobą Kelsey w stronę stolika. Przeszliśmy przez pomieszczenie i byliśmy prawie na miejscu, kiedy poczułem rękę Kelsey wyślizgującą się z mojego uścisku. Odwróciłem się i zobaczyłem Luka, lewą ręką obejmującego Kelsey za szyję, przyciskając ją tyłem do swojej piersi, a prawą trzymającą broń, przy jej talii.
Kelsey wzięła głęboki oddech, a jej oczy zaczęły wypełniać się łzami, wpatrując się we mnie w przerażeniu.
- Rusz się, a ją zastrzelę – powiedział Luke, przyciskając ją do siebie mocniej.
Wszyscy patrzyli na nas oczami szeroko otwartymi w szoku, a Paul i Melissa wstali od stolika zaalarmowani.
Mój żołądek skurczył się, a ja sięgnąłem dłonią do broni, ukrytej pod moją koszulką. Wyciągnąłem ją przed siebie, celując prosto w niego.
- Puść ją, Luke.
- Lepiej, żeby wszyscy odłożyli telefony jeśli chcą, kurwa przeżyć! – warknął, powstrzymując wszystkich przed wezwaniem pomocy. – Odłóż broń, Bieber.
- Ty pierwszy, Delgado – odpowiedziałem.
- Nie mogę tego zrobić – uśmiechnął się, przejeżdżając bronią wzdłuż boku Kelsey powodując, że moja krew zawrzała.
- Nie wyjdziesz z tego żywy, jeśli nie pozwolisz jej odejść – warknąłem, mocno trzymając broń żeby być w stanie strzelić, na wypadek konieczności.
- Zaryzykuję – odpowiedział, wpatrując się we mnie intensywnie.
- Ona nie ma z tobą nic wspólnego – syknąłem, desperacko chcąc ją uwolnić.
- Ale ma dużo wspólnego z tobą, a co jest lepsze od zabicia ciebie? – uśmiechnął się. – Zabicie jedynej rzeczy, która jest dla ciebie ważna.
- Dotknij ją, a rozerwę cię na strzępy, kawałek po kawałku – ostrzegłem.
- Twoje groźby nic dla mnie nie znaczą.
- Powinny – odpowiedziałem. – Nie nazywają mnie DANGER bez powodu. Zabiję cię i sprawię, że będzie to wyglądało jak wypadek. Rozwalę cię, rozumiesz mnie kurwa? Będziesz błagał o wybaczenie – wszystkie moje emocje wyszły na zewnątrz i ciemność zaczęła przejmować nade mną kontrolę.
- Justin.. – mruknęła Kelsey przez łzy, a jej mascara zaczęła spływać jej po policzkach, wyrażając jej strach.
- Zamknij się! – krzyknął Luke, brutalnie przyciskając broń do Kelsey, powodując u niej ból.
Zrobiłem krok naprzód, gotowy do ataku.
- Zrób jeszcze jeden krok, a odstrzelę jej głowę, Bieber! – krzyknął Luke, a jego twarz wykrzywiła się w furii.
- Nie wiesz w co się pakujesz – potrząsnąłem głową, śmiejąc się. – Myślisz, że po tym wszystkim po ciebie nie przyjdę? Proszę, zabij ją a zobaczysz, co ci po tym kurwa zrobię.
- Chcesz wiedzieć, czego się o tobie nauczyłem? – Luke nie czekał na moją odpowiedź tylko kontynuował. – Dużo mówisz, ale nic nie robisz.
- Nazywasz bicie cię do momentu, kiedy przestaniesz oddychać nic nie robieniem? Więc jesteś jeszcze głupszy niż sądziłem. Zrozum, że nie masz na mnie nic.
- Co do Boga się tutaj dzieje? – odwróciłem się i zobaczyłem Paula w kompletnym szoku.
- Trzymaj usta zamknięte, jeśli chcesz jeszcze oddychać – warknął Luke.
- Nie mów tak do niego. To jest między tobą a mną – syknąłem.
- Co jest, Bieber? Stajesz się miękki? – Luke uśmiechnął się.
- Nie, to nazywa się zajmowanie problemem, a w tym momencie jesteś nim ty. Puść Kelsey, a przeżyjesz. Dotknij ją, a cię zabiję. Twój wybór.
- Myślę, że zaryzykuję – uśmiechnął się, przyciskając do siebie Kelsey.
Odbezpieczając broń cichym kliknięciem, wyciągnąłem ją przed siebie celując prosto w jego serce.
- Puść Kelsey.
Luke powtórzył mój gest.
- Nie wydaje mi się.
- Daję ci pięć sekund, Delgado – spojrzałem na zaszklone, spuchnięte oczy Kelsey, przekazując jej wiadomość, modląc się o to, aby ją zrozumiała.
Jedynym wyjściem z sytuacji byłoby, gdyby Kelsey zdołała się uwolnić.
- Pięć sekund zaraz minie, Bieber. Nie chciałbyś się pożegnać ze swoją dziewczyną?
- Nie będę musiał – odpowiedziałem, jeszcze raz patrząc na Kelsey i uniosłem brwi.
Przygryzając wargę, lekko skinęła.
- Wydajesz się być taki pewny siebie – parsknął śmiechem Luke.
Popatrzyłem jak Kelsey, bez jego wiedzy przesunęła się lekko. Po jej urywanym oddechu widać było jej zdenerwowanie. Wiedziała, że jeśli spieprzy sprawę, będzie martwa. Za wiele było do stracenia, w tym jej życie a także życie wszystkich innych.
- Może dlatego, że jestem o wiele mądrzejszy niż myślisz, Delgado – zacisnąłem palce na broni.
- Z mojego punktu widzenia, to ty jesteś chodzącym wrakiem pełnym nerwów. Dlaczego w końcu nie przestaniesz zachowywać się, jakbyś wszystkim rządził?
- Zawsze będę rządził miastem, Delgado i nic na to nie poradzisz.
Luke wzruszył ramionami.
- Nie, kiedy zabiję twoją dziewczynę i odstrzelę ci głowę.
Uśmiechnąłem się.
- Próbuj dalej.
W momencie, kiedy Luke miał coś odpowiedzieć, Kelsey uniosła stopę i zatopiła obcas swojego buta prosto w jego stopie, po czym uderzyła go łokciem prosto w żebra, powodując podwójny ból.
Odsunąłem ją i łapiąc nadgarstek Luka, uderzyłem nim o kolano, żeby pozbyć się jego broni z ręki. Gdy upadła na podłogę, kopnąłem ją dalej i posłałem mu ostre uderzenie w szczękę.
Rodzice Kelsey złapali ją i zaczęli wypytywać, czy wszystko jest w porządku i co się stało.
Łapiąc Luka za ramiona, dwa razy uderzyłem go w brzuch, po czym jeszcze raz, tym razem w nos. Ostry odgłos zasygnalizował, że prawdopodobnie go złamałem.
Przyłożyłem mu broń do głowy.
- Jak to jest mieć pistolet przy swojej skroni, chłopcze? – warknąłem, nie chcąc niczego więcej tylko odstrzelenia mu głowy.
- Justin, przestań! – powiedziała Kelsey, wiedząc, że zupełnie bym się przed tym nie zawahał.
Potrząsnąłem głową i przekląłem mentalnie. Wiedziałem, że nie mogłem zabić tego drania na oczach wszystkich, w tym na oczach jej rodziców. Łapiąc go za szyję, przycisnąłem go do stołu. Pochylając się tak, żeby mieć swoją twarz przy jego warknąłem.
- Jeśli jeszcze raz tak zrobisz, zabiję cię. Rozumiesz?
Kiedy nie odpowiedział, zacisnąłem uścisk na jego szyi.
- Powiedziałem – rozumiesz?
Nie odezwał się ani słowem. Zamiast tego wbił mi paznokcie w rękę, chcąc się wydostać.
- Puść go, Justin! Nie rób tego tutaj, proszę! – usłyszałem głos Kelsey ale zignorowałem ją, skupiając całą swoją uwagę na Luku. Przysunąłem się tak, żeby tylko on usłyszał to, co miałem do powiedzenia.
- To nie jest koniec, Delgado. Słyszysz mnie? Upewnię się, że pożałujesz, że zacząłeś ze mną tą wojnę. Sprawię, że doznasz najbardziej okrutnej śmierci. Będziesz błagał o swoje życie i przebaczenie. Jeśli myślałeś, że puszczę cię wolno po tym co zrobiłeś Kelsey, to wyobraź sobie co zrobię ci teraz. To ostatni strzał. Po dzisiejszej nocy, ciesz się póki możesz, Delgado, bo nie będzie dla ciebie żadnego jutra kiedy z tobą skończę – odsunąłem się.
Kelsey podbiegła do mnie i złapała mnie mocno za ramię.
- Policja jest już w drodze! – ktoś krzyknął. – Wszyscy, proszę się uspokoić, wszystko będzie dobrze!
Wziąłem głęboki oddech i zacisnąłem oczy, chcąc, żeby to wszystko okazało się tylko snem. Niestety tak się jednak nie stało.
Kelsey wtuliła się w moją klatkę piersiową, jej rodzice wpatrywali się w to wszystko zszokowani, a Dennis patrzył na nas przerażony.
Pieprzyć moje życie.

_________________________________

LWHRLWEHTLWHYETKLWJHYTILYW I JAK WRAŻENIA?!
@DameBieber

piątek, 5 kwietnia 2013

Fifty Five.



Justin’s POV

- Jesteś słodki kiedy się denerwujesz – zagruchała Kelsey przez telefon a ja mogłem sobie wyobrazić, że się przy tym uśmiechała.
Jęknąłem.
- Nie jestem zdenerwowany, skarbie – skrzywiłem się wyrzucając piłkę w powietrze, po czym łapiąc ją i powtarzając proces, z telefonem między uchem a ramieniem.
- Nie musisz mnie okłamywać. Wiem, jacy są moi rodzice. Masz prawo, żeby być zdenerwowany.
- Po raz dziesiąty mówię, że się nie denerwuję – syknąłem zniecierpliwiony.
Kelsey zachichotała.
- Cokolwiek powiesz. Po prostu bądź sobą i wyglądaj odpowiednio.
Wywróciłem oczami.
- Sobą? Czyli chcesz, żebym wziął ze sobą broń? Poza tym, co jest złego w sposobie, w jaki się ubieram?
- Nie – westchnęła. – Nie chcę, żebyś wziął ze sobą broń – nastąpiła przerwa podczas której zapewne przebiegła palcami po włosach, jak zawsze w takiej sytuacji. – Ubierasz się jak bandyta, Justin.
Praktycznie zakrztusiłem się własną śliną.
- Bandyta?
- Tak. Nie, że żebym uważała, że to nie jest seksowne, ale moi rodzice nie polubią cię, jeśli przyjdziesz w jeansach, t-shircie i skórzanej kurtce. Idziemy na obiad. Pokaż im, że jesteś jak wszyscy.
- Ale nie jestem jak wszyscy.
- Najwyraźniej. Wiem, że nie jesteś, ale musisz chociaż spróbować udawać, że tak jest. Pokaż, że nie mają się o co martwić.
Westchnąłem, zaciskając powieki.
- Sprawiasz, że staje się to bardzo trudne, skarbie.
- Wcale nie. Po prostu jesteś zbyt leniwy, żeby się wystroić.
Zachichotałem wiedząc, że miała rację.
- Nie musisz ubierać garnituru, Justin. Wystarczy, że dobrze się zaprezentujesz.
Pokiwałem głową.
- Dobrze.
- Dziękuję.
- Wszystko dla ciebie skarbie.
Spojrzałem w górę i zauważyłem chłopaków wchodzących do salonu. Usiadłem odkładając piłkę i przełożyłem telefon do lewej dłoni, po czym przybiłem każdemu z nich piątkę.
- Dobrze. Cóż.. niestety muszę zrobić zadanie domowe. Do zobaczenia później.
- Tak, do zobaczenia – westchnąłem.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też – odsuwając komórkę od ucha, zakończyłem rozmowę.
- Kelsey? – spytał Bruce, wskazując telefon i unosząc wysoko brwi.
Pokiwałem głową, biorąc głęboki oddech. Marcus zachichotał.
- O co chodzi, Bieber? Nie chce uprawiać z tobą seksu?
Odwróciłem głową i spojrzałem na niego.
- Nie, idioto. Mam dzisiaj spotkać jej rodziców.
- Ohh – Bruce wyraźnie zasygnalizował, że rozumie mój ból. – Masz spotkać jej rodziców, tak? Powodzenia. Na pewno ci się przyda.
Pokiwałem głową.
- Wiem.
- Co jest nie tak z jej rodzicami? – spytał John, układając swoje nogi na stole.
- Są cholernie rygorystyczni a do tego, dzięki Carly myślą, że jestem kryminalistą.
- Bo jesteś – powiedzieli wszyscy w tym samym czasie, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Jęknąłem, wywracając oczami.
- Wiem o tym, ale oni nie muszą.
- Racja. Więc co zamierzasz z tym zrobić?
- Nic. Zamierzam się tylko modlić, żeby nie było niezręcznie.
Marco parsknął śmiechem.
- Nie licz na to – potrząsnął głową, opierając łokcie o swoje kolana. – Już to widzę – odkaszlnął i wyprostował się, żeby przypominać tatę Kelsey. – Więc, Justin, czym się zajmujesz? – przybrał inną pozę, tym razem żeby być mną. – Zabijaniem ludzi – wzruszył ramionami. – A twoja córka przypadkiem była tego świadkiem, dlatego jesteśmy razem.
- Haha – zwęziłem oczy, patrząc na niego. – Masz pieprzone szczęście, że nie jestem w humorze bo w przeciwnym razie zatłukłbym cię na śmierć.
Marco uniósł dłonie w poddańczym geście.
- Tylko żartowałem, stary. Nie ma co się rzucać do bicia.
- Nie ważne – powiedziałem, podnosząc się.
- Dokąd idziesz?
- Znaleźć cholerne coś, co będę mógł dzisiaj ubrać – podrapałem się w tył głowy.
- Cipa – kaszlnął Marcus.
Wzruszyłem ramionami uśmiechem.
- Cóż.. jesteś tym z kim przebywasz.
Chłopcy zaśmiali się, a ja wszedłem po schodach i znalazłem się w swoim pokoju.

Kelsey’s POV

Właśnie zamierzałam sięgnąć do torby po zakończeniu rozmowy z Justinem, kiedy moja komórka zaczęła brzęczeć. Jęknęłam. Naprawdę chciałam już skończyć moje zadanie domowe. Podeszłam do łóżka, gdzie go zostawiłam i spojrzałam na ekran, gdzie widniał numer Carly. Przejechałam po nim kciukiem, aby go odblokować.
- Hej Kels.
- Hej Carls, co słychać? – podniosłam z podłogi torbę i postawiłam ją sobie na kolanach.
- Nic ciekawego, umieram z nudów – zaśmiała się. – A u ciebie?
- Próbuję odrobić zadania, przed obiadem Justina z moimi rodzicami – westchnęłam, przeglądając papiery w mojej teczce.
- Denerwujesz się?
- Chyba chciałaś spytać, czy Justin się denerwuje.
Carly zachichotała.
- Nie żartuj! Denerwuje się? Biorąc pod uwagę to, co robi, to trochę zaskakujące.
Wzruszyłam ramionami.
- Nie mogę go za to winić. Wiesz, jacy są moi rodzice.
- To prawda.
- Chcę tylko żeby wszystko wyszło perfekcyjnie, wiesz?
- Wiem. Myśl pozytywnie. Co może pójść źle?
- Nie polubią go – mruknęłam, zakładając kosmyk za ucho i spoglądając na moje notatki z geografii.
- On dobrze wie, jak się zaprezentować. Wszystko będzie dobrze.
- Mam nadzieję.
- Kelsey! – usłyszałam krzyk mojej mamy z dołu.
Jęknęłam, wywracając oczami.
- Zaczekaj Carly – odsunęłam telefon od ucha. – Tak mamo?
- Skończyłaś już zadania domowe?
- Prawie!
- Lepiej, żebyś to zrobiła, jeśli chcesz wyjść! Nie obchodzi mnie to. Jeśli nie skończysz tego do szóstej, pójdziemy bez ciebie.
- Wiem, mamo. Powiedziałam, że prawie skończyłam!
- Pospiesz się! Nie mamy całego dnia a ty musisz jeszcze się przygotować!
Westchnęłam sfrustrowana.
- Wiem, mamo.
Z drugiej strony dobiegła mnie cisza. Moja mama w końcu przestała mówić. Wywróciłam oczami, biorąc głęboki oddech i wróciłam do telefonu.
- Przepraszam cię za to.
- Nie ma sprawy. Zgaduję, że to twoja mama.
- Skąd wiedziałaś?
- Po prostu jestem bystra.
Zaśmiałam się, potrząsając głową.
- Jesteś szalona.
- A ty musisz skończyć zadanie. Zadzwoń do mnie później żeby powiedzieć, jak poszło.
- Oczywiście – zachichotałam. – Do później.
- Pa skarbie.
Wywróciłam oczami.
- Cześć Carly – nacisnęłam czerwoną słuchawkę i wzięłam do ręki zeszyt.

Justin’s POV

Oparłem się o siedzenie i wziąłem głęboki oddech, palcami nerwowo przebiegając po kierownicy. Napisałem wcześniej do Kelsey mówiąc, że zaraz wyjeżdżam, więc teraz pewnie na mnie czekała. Chciałem tylko, żeby dzisiejszy wieczór odbył się bez żadnych tragizmów, bo ostatnie czego potrzebowałem, to żeby coś poszło nie tak.
Westchnąłem i otworzyłem drzwi, wychodząc na zewnątrz.
Miałem na sobie spodnie khaki, białą koszulkę z rękawami podwiniętymi do łokci, białe vansy na stopach i białą czapkę, założoną tył na przód. Był to najbardziej zbliżony strój do czegoś odpowiedniego, który mogłem znaleźć.
Przerzuciłem klucze z prawej ręki, do lewej i wrzuciłem je do kieszeni, podchodząc do wejścia jej domu.
Przygryzając wargę, zapukałem do drzwi mając nadzieję, że otworzy je Kelsey. I tak było.
Moje oczy powędrowały od jej twarzy, po czubki stóp.
- Wyglądasz pięknie.
Miała obcisłą spódnicę, bluzkę z odpowiednim dekoltem, pięknie zrobione włosy i szpilki na nogach, które sprawiały, że wyglądała na o wiele wyższą niż była.
Poczułem niezwykłą ochotę, żeby uprawiać z nią seks tutaj i teraz.
- Dziękuję – zarumieniła się, patrząc na swoje palce, po czym znów spoglądając na mnie.
- Co myślisz? – spytałem, unosząc ramiona i cofając się o krok, żeby mogła zobaczyć to, w co byłem ubrany.
- Wyglądasz niesamowicie – uśmiechnęła się. – Wiedziałam, że ci się uda.
Zachichotałem.
- Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu znalazłem – wskazałem na swoje ubranie. – Za wszystkimi skórzanymi kurtkami i t-shirtami, które noszę.
Sarkazm w moim głosie sprawił, że się zaśmiała.
- Tylko żartowałam ale cieszę się, że mnie posłuchałeś – uśmiechnęła się niewinnie, trzepocząc rzęsami.
- Masz szczęście, że cię kocham – zachichotałem. – Chodź tutaj.
Przyciągnąłem ją do siebie za biodro i pocałowałem, kiedy usłyszałem za sobą kaszlnięcie. Odsunąłem się i spojrzałem na prawo, gdzie stał mężczyzna w średnim wieku, z pustym wyrazem twarzy.
- Przeszkadzam w czymś?
- Nie, skąd – oblizałem usta, odwracając się w jego stronę. – Miło mi pana poznać, Panie Jones – uprzejmie wyciągnąłem przed siebie rękę.
- Ciebie też, Panie Bieber – firmowo uścisnął moją dłoń. – To moja żona, Melissa i mój syn Dennis – obejmując ich ramionami, przyciągnął do siebie.
Uśmiechnąłem się, kiwając głową.
- Miło mi jest Was poznać – potrząsnąłem dłonią mamy Kelsey i poklepałem Dennisa po ramieniu.
Melissa uśmiechnęła się ciepło.
- Cieszę się, że w końcu mam okazję cię spotkać, Justin.
- Mi również, Pani Jones – pokiwałem głową, uśmiechając się.
Kelsey podeszła do mnie.
- Dobrze, może już pójdziemy? Nie chcę się spóźnić. Powiedzieliśmy Dexterowi, że będziemy około ósmej – uśmiechnęła się nerwowo, chwiejąc się na obcasach swoich szpilek w tył i w przód. Chciała już zakończyć tą kolację tak samo jak i ja.
- Racja – kiwając, wyciągnął z kieszeni klucze i odwrócił się do Kelsey. – Idź z twoim bratem i wejdźcie do auta. Zaraz przyjdziemy razem z mamą.
- Dobrze – odebrała od niego klucze, lekko się do mnie uśmiechając i ściskając moją dłoń, zanim odsunęła się i odeszła razem z Denisem.
- Przyprowadziłeś ze sobą samochód?
Odwróciłem się w stronę taty Kelsey, który wpatrywał się we mnie z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Tak, zaparkowałem je tu niedaleko – wskazałem za siebie.
- Jedź więc za nami.
Kiwnąłem.
- Dobrze, proszę pana.
Odblokowałem drzwi i wślizgnąłem się na miejsce kierowcy, cierpliwie czekając na wyjście Melissy i jej męża. W końcu weszli do auta i wyjechali na ulicę, a ja ruszyłem za nimi. Pokonując kilka przecznic, przybyliśmy na miejsce w pięć-dziesięć minut.
Zawsze kiedy chcę, żeby czas leciał wolno, tak się nie dzieje.
Wjeżdżając na parking, zacząłem szukać wolnego miejsca, które znalazłem dopiero po kilku minutach, obok białego BMW.
Wyciągnąłem klucze, otworzyłem drzwi i ruszyłem do wejścia.
Oblizałem usta i wziąłem głęboki oddech, szykując się na cokolwiek miało mi się przydarzyć. Znając rodziców Kelsey wiedziałem, że muszę przygotować się na wszystko.
Podszedłem do nich, zauważając ich przy wejściu.
- Co ci tyle zajęło? – spytała Kelsey.
Wzruszyłem ramionami.
- Przepraszam, nie mogłem znaleźć miejsca do parkowania.
Pokiwała głową, uśmiechając się, po czym złączyła nasze dłonie.
- Tędy – pokierował nas jej tata.
Wszedłem za Kelsey, podziwiając to, jak perfekcyjna była.
- To, jak dzisiaj wyglądasz zapiera dech w piersi – szepnąłem jej do ucha powodując, że się zarumieniła.
- Dziękuję – szepnęła, wpatrując się na mnie z czerwonymi policzkami.
Uśmiechnąłem się widząc jej reakcję.
- Witamy w Dexterze, cieszymy się mając państwa z nami – mężczyzna około mojego wzrostu stanął obok nas, z szerokim uśmiechem. Uniosłem brew, przyglądając się mu. Obcisłe spodnie, muszka.. musiał być gejem. – To państwa szczęśliwy dzień, bo dzisiaj serwujemy nasze specjalne posiłki! – podał każdemu z nas menu. – Na początek, co chcieliby państwo do picia?
- Dla mnie piwo, lemoniada dla mojej żony, dwie cole proszę i.. – tato Kelsey urwał, patrząc na mnie. – A co dla ciebie? Zapewne piwo?
Otworzyłem szeroko oczy. Potrząsnąłem głową, kaszląc.
- Ja nie piję. Poproszę również colę, jeśli to nie będzie problem.
Pokiwał głową, odwracając się do kelnera.
- I jeszcze jedną colę.
Notując wszystkie napoje, uśmiechnął się.
- Zaraz Wam je przyniosę.
- Dziękuję.
- Więc, Justin.. – Melissa wpatrywała się we mnie. – Czym się zajmujesz?
- Mamo – jęknęła Kelsey, posyłając jej zdesperowane spojrzenie.
- Mam prawo zapytać – syknęła, patrząc na nią surowo.
Na szczęście dla nich, dobrze wiedziałem jak się zaprezentować.
- Nie ma sprawy, Kelsey. Mają rację – odwróciłem się w stronę jej mamy i mentalnie jęknąłem. Powinienem wiedzieć, że to nastąpi. Potrząsnąłem głową wiedząc, że czekają na odpowiedź – Pracuję w sklepie samochodowym w Toronto.
Splotłem dłonie na stole, patrząc na każdego z jej rodziców.
- To.. dobrze – pokiwała głową.
- Ile zarabiasz za godzinę? – spytał jej tato, patrząc na mnie spod uniesionych brwi.
- Dziewięć, dwadzieścia pięć.
- Co dokładnie robisz?
- Naprawiam zepsute auta, złamane szyby no i odnawiam zupełnie zniszczone maszyny.
Jego oczy otworzyły się szeroko.
- Imponujące.
- Dziękuję.
- I robisz to zupełnie sam?
- Odkąd skończyłem piętnaście lat – uśmiechnąłem się, wiedząc, że wszystko co mówiłem było kompletnym kłamstwem.
- To niesamowite, Justin. Może któregoś dnia podrzucę ci swój samochód, bo od kilku dni wydaje z siebie dziwne odgłosy.
Przygryzłem wnętrze policzka, starając się nie wyglądać na zestresowanego. Jak do cholery miałem pomóc w naprawie, kiedy zupełnie nic o tym nie wiedziałem?
- Byłbym zaszczycony, proszę Pana.
- Mów na mnie Paul.
- Paul – uśmiechnąłem się, kiwając głową.
- Proszę bardzo – nasz kelner podszedł do nas, z tym samym głupim uśmieszkiem na twarzy. Biorąc z tacy napoje, postawił po jednym przed każdym z nas. – Zdecydowali się już państwo na coś do jedzenia?
- Poprosimy specjalny posiłek – Paul podał mu menu.
- Dobry wybór. To będzie dla wszystkich?
- Tak, dziękuję.
- Nie ma sprawy, panie Jones – ostatni raz uśmiechając się do nas, odszedł od naszego stolika.
Zmarszczyłem brwi zastanawiając się, skąd mogli się znać. Ciekawość przejęła nade mną kontrolę.
- Przepraszam, wiem, że to nie moja sprawa ale… skąd wy się znacie?
- Moi przyjaciele są właścicielami tego miejsca.
- Nieźle – uśmiechnąłem się.
- Ma to czasem swoje zalety – zachichotał.
Niezręczna cisza zaległa między nami.
- Więc.. mamo.. czy wiedziałaś, że Justin jest szóstkowym uczniem? – spytała Kelsey, obejmując mnie ramieniem.
Spojrzałem na nią zdziwiony a ona pokazała mi wzrokiem, że mam to kontynuować.
- Kelsey.. – zaśmiałem się. – Nie musisz…
- To prawda, Justin? – mama Kelsey spojrzała na mnie.
- Tak.. liceum to nie jest żart. Muszę się starać, jeśli chcę się dostać na dobre studia – pokiwałem głową, starając się brzmieć jak najbardziej przekonująco.
- Mądry chłopak – Paul wydawał się być wyraźnie pod wrażeniem.
Szkoda, że nic z tego nie było prawdą.
- Gdzie planujesz iść dalej?
- Jeszcze nie podjąłem decyzji. Chcę rozważyć wszystkie opcje.
- Mądry wybór. Nie musisz niczego przyśpieszać, masz jeszcze czas.
- Dokładnie – upiłem łyk napoju, czując jak bardzo zaschło mi w gardle.
Dzwoneczki przy wejściu odezwały się bo ktoś najwyraźniej wszedł do pomieszczenia. Odwróciłem się, żeby zobaczyć kto to, a mój żołądek momentalnie się skurczył.
- Justin? – szepnęła Kelsey. – Co się dzieje?
Zignorowałem ją, nie będąc w stanie oderwać wzroku od osoby, której nienawidziłem najbardziej na świecie, a która stała teraz kilka stóp ode mnie.
- Justin – poczułem uścisk Kelsey. – Wszystko w porządku?
- On tutaj jest – mruknąłem.
- Kto?
- Luke.
Tyle wystarczyło, aby Kelsey przestała mówić, a jej twarz stała się praktycznie tak blada jak moja.

______________________________________________

Chcieliście akcje to powiem Wam.. że to dopiero początek! 
@DameBieber

wtorek, 2 kwietnia 2013

Fifty Four.



Kelsey’s POV

Praktycznie zadławiłam się kawałkiem chleba, który miałam w ustach, słysząc słowa Justina.
Jeremy i Pattie przestali jeść, a ich oczy otworzyły się szeroko w kompletnym szoku.
- C-Co? O czym ty mówisz? – Jaxon odkaszlnął, wyraźnie zdenerwowany.
Uśmiech Justina był coraz większy.
- Oh, dokładnie wiesz o czym mówię – powiedział sarkastycznie, a powietrze wokół nas zaczęło się zagęszczać.
Jaxon zaśmiał się próbując udawać, że wcale go to nie rusza ale wszyscy wiedzieliśmy, że to nie prawda.
- Pokazywałem Kelsey nasz dom i przypadkiem znaleźliśmy się w twoim pokoju. Pomyślałem, że jej go pokażę, żeby no wiesz.. być miły – uśmiechnął się Justin. – No i natknęliśmy się tam na całkiem.. interesującą gazetę. Myślałem, że to jakiś komiks, zanim nie zobaczyłem bardzo interesującego zdjęcia, ukazującego kobietę pozującą w bardzo jednoznacznej pozycji na okładce – zaakcentował wszystkie słowa, które mogły skrępować Jaxona.
- Zamknij się – syknął Justin, a jego policzki zrobiły się czerwone. – Nie wiesz o czym mówisz.
- Justin.. – mruknęłam, czując się z tym źle. Mimo swojego zachowania, Jaxon na to nie zasłużył.
Justin oczywiście postanowił mnie zignorować.
- Ależ oczywiście, że wiem o czym mówię. A tobie musi to bardzo nie pasować bo widzisz, karma po ciebie wraca – uśmiechnął się patrząc to na mnie, to na Jaxona. – Kelsey też to widziała. Prawda, skarbie? – uniósł jedną brew.
Przełknęłam głośno ślinę, zwężając oczy. Wyciągnęłam nogę pod stołem i kopnęłam go.
- Cholera, Kelsey! Za co to było?
- Za bycie dupkiem.
- Dlaczego jego nie uderzysz, kiedy powie coś złego? – Jaxon zwrócił się do Pattie.
- Bo w przeciwieństwie do ciebie twój brat nie czyta nieodpowiednich gazet! – odpowiedziała, wciąż będąc w szoku po tym, czego się dowiedziała.
- Oh proszę cię! – Jaxon wyrzucił ramiona w powietrze. – To od niego mam tą gazetę. Znalazłem ją w jego pokoju!
Justin zaśmiał się i potrząsnął głową.
- Gówno prawda i dobrze o tym wiesz – skrzyżował ręce na piersi. – W przeciwieństwie do ciebie, ja mogę dostać dziewczynę i nie muszę o żadnej fantazjować – uśmiechnął się.
Nie mogłam uwierzyć, że Justin właśnie powiedział to przy wszystkich. Zanim Pattie zdążyła uderzyć go w tył głowy, kopnęłam go jeszcze raz, tym razem mocniej.
- Jezus Maria, Kelsey – jęknął Justin, łapiąc miejsce w które go uderzyłam.
- Ha, ha – zaśmiał się Jaxon, a ja odwróciłam się i pacnęłam go w głowę, powodując tym chichot Justina.
- Ał! Co do cholery, Kelsey? – mruknął, pocierając głowę.
Wywróciłam oczami.
- Jesteście bandą pięciolatków, przysięgam – wzięłam głęboki oddech i potrząsnęłam głową. – Próbujemy jeść w spokoju obiad, a wy już musicie się na siebie rzucać. A skoro wasza mama wyraźnie nie toleruje takiego języka w swoim domu to powiem wam zamknijcie się do beep.
Jeremy ugryzł chleb trzymany w dłoni, obserwując całą sytuację z wyraźnym rozbawieniem.
- Jaxon, może następnym razem powinieneś uważać na to, co mówisz. Inaczej nie byłoby tej sytuacji – westchnęłam, odwracając się w stronę Justina. – No i ty. Musisz przestać być irytujący.
- Irytujący? – syknął Justin.
- Tak, irytujący – oblizałam usta. – Przyszliśmy tutaj, żeby fajnie spędzić czas a nie żeby kłócić się co pięć sekund.
- Cóż.. ostatnim razem kiedy sprawdzałem, to była moja rodzina, nie twoja, więc do jasnej cholery mogę mówić tutaj co mi się kurwa podoba – zadrwił Justin.
Wszyscy zamilkli, a ja wpatrywałam się w niego w szoku. Nie mogąc uwierzyć, że Justin mógłby być tak niemiły dla mnie przy swojej rodzinie, ściągnęłam usta.
- Gdyby nie ja, to nawet byś tutaj z nimi nie siedział -  warknęłam, patrząc na niego z niedowierzaniem i odsunąłem krzesło na którym siedziałam. – Wybaczycie mi?
Nie dając im możliwości odpowiedzi, wyszłam z pomieszczenia.
- Kelsey.. – Pattie próbowała mnie zawołać, ale nie odwracając się wyszłam z domu, biorąc głęboki oddech świeżego powietrza i próbując się uspokoić.
Inna sprawa kiedy jest dla mnie niemiły gdy nikogo nie ma w pobliżu, a inna kiedy jesteśmy z jego rodziną. To krępujące bo ja wychodzę wtedy na idiotkę, a on się tym nawet nie przejmuje.
Wzięłam głęboki oddech zimnego powietrza, a na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka.
Usłyszałam odgłos otwieranych i zamykanych drzwi a moje ciało zesztywniało, dokładnie wiedząc kto to był.
- Justin.. nie mam humoru żeby..
- Nie jestem Justinem.
Odwróciłam się i zobaczyłam Jeremy’ego stojącego kilka stóp ode mnie, trzymającego dłonie w kieszeniach.
- Oh – mruknęłam. – Przepraszam – uśmiechnęłam się lekko.
- Nie musisz przepraszać – uśmiechnął się. – Wiem, dlaczego nie chcesz rozmawiać z moim synem. Gdybym był na twoim miejscu, zachowałbym się tak samo – wzruszył ramionami.
- Powinnam przeprosić za to, że wyszłam.. to był brak szacunku i..
Jeremy uniósł dłoń żeby mnie uciszyć i potrząsnął głową.
- Jak już mówiłem, nie masz za co przepraszać. Justin mocno przesadził z tym co powiedział.
Ściągnęłam usta w jedną linię, ciekawa tego co miał do powiedzenia.
- Ma to po mnie, wiesz?
Uniosłam brwi w górę pytająco.
- Temperament.
- Oh – zdałam sobie sprawę z tego, co miał na myśli i pokiwałam głową.
- On po prostu ma tendencję do tego, że najpierw mówi a potem myśli – Jeremy zachichotał, grzebiąc czubkiem buta w ziemi.
- Tak.. to prawda – mruknęłam, nie chcąc pokazać jak bardzo byłam zła na Justina.
- On nie ma na myśli tego, co mówi, kiedy jest zły. Tacy po prostu jesteśmy. Justin i ja… - zatrzymał się i wziął głęboki oddech. – Mówimy i robimy rzeczy, których normalnie byśmy nie zrobili.. chciałbym, żeby nie miał tego po mnie.
- Hej – odwróciłam się do niego, patrząc z niedowierzaniem. – Twój syn jest niesamowitą osobą, tak samo ty. Nie powinieneś winić się za coś, nad czym nie masz kontroli.
- Wiem.. Chciałbym tylko, żeby nie był taki ja.. może dzięki temu uniknąłby niektórych rzeczy.
- Nie możesz zmienić losu. Nie wiesz czy byłbyś w stanie zmienić życie, jakie wybrał dla siebie Justin. Jedyne na co możesz patrzeć to przyszłość, a nie „co jeśli”. To w niczym nie pomoże, a wręcz przeciwnie, zaszkodzi.
Jeremy pokiwał głową, wpatrując się w podłogę.
- Wiem, że dawno nie uczestniczyłem w jego życiu ale wiem, jak zachowuje się pod wpływem impulsu. Próbuje odepchnąć od siebie wszystkie osoby, na których mu zależy.
Zrobiło mi się naprawdę smutno po tym, co powiedział.
- Wiele osób już wchodziło, po czym opuszczało jego życie. Boi się, że ciebie straci więc cię rani, bo kiedy odejdziesz, będzie łatwo mógł obwinić za to siebie.
Potrząsnęłam głową.
- Nie ważne co się stanie, nigdy mnie nie straci – zaśmiałam się lekko. – Czasem mówi najbardziej przykre rzeczy ale jeśli powiedziałabym, że chcę, żeby się zmienił, kłamałabym. Kocham go takim, jakim jest. Dupkiem i tym wszystkim..
Jeremy zaśmiał się.
- Dobrze jest to słyszeć.
Zachichotałam, a na moich ustach pojawił się uśmiech.
- Dziękuję.. tak poza tym.
Zmarszczył brwi.
- Za co?
- Za uspokojenie mnie. Chociaż wiem, że pewnie nie po to tutaj przyszedłeś.
- Nie będę kłamał – zachichotał. – Nie przyszedłem tutaj po to ale cieszę się, że mi się to udało. Jesteś dobra dla mojego syna. On potrzebuje kogoś jak ty w swoim życiu. Osoby, która jest silna i zawsze gotowa odpowiedzieć, bez względu na konsekwencje – uśmiechnął się.
- O to nie musisz się martwić – uśmiechnęłam się z grymasem. – Jeżeli czegoś nie mogę znieść.. to jego nastawienia, co na szczęście udaje mi się czasem zmieniać.
- To jest jakiś sposób – zaśmiał się i popatrzył w kierunku drzwi. – Prawdopodobnie powinniśmy wracać.
- Tak, dobry pomysł – odwróciliśmy się w kierunku wyjścia, a Jeremy położył dłoń na moich plecach. Zanim mieliśmy szansę wejść do środka, drzwi otworzyły się, a w progu stanął Justin.
Żadne z nas się nie odezwało, a Justin wpatrywał się we mnie bez żadnych emocji. Mój brzuch zacisnął się z powodu tej niezręcznej sytuacji.
- Możemy porozmawiać? – zwrócił się do mnie.
Nie chcąc powodować kolejnej kłótni pokiwałam głową i przytuliłam Jeremy’ego, a on poklepał Justina po plecach i wszedł do środka.
Justin stał z dłońmi w kieszeniach, wpatrując się we mnie.
Spojrzałam w dół, na swoje buty, przygryzając wnętrze policzka i krzyżując ręce na piersi.
- Spójrz.. – zaczęliśmy oboje w tym samym czasie.
Zachichotałam lekko, patrząc na niego.
- Ty pierwszy.
Justin podrapał się w tył szyi, rozglądając się wokół.
- Posłuchaj. Wiem, że pewnie jesteś już zmęczona słyszeniem tego ale.. przepraszam.
Pokiwałam głową. Przeprosiny to było właśnie to, co chciałam usłyszeć.
- Nie ma sprawy.
Westchnął sfrustrowany.
- Nie powinienem tego powiedzieć…
- Justin – zaśmiałam się. – Powiedziałam, że nie ma sprawy.
Zmarszczył brwi.
- Huh?
- Wybaczam ci.
- Ale.. dlaczego? Jak? Co?
- Powiedzmy.. że pewna osoba powiedziała mi coś, co powinnam rozważyć – wzruszyłam ramionami z uśmiechem.
- Żartujesz sobie ze mnie czy coś? – wskazał na mnie, a ja nie mogłam powstrzymać się przed wybuchem śmiechu.
- Nie – potrząsnęłam głową. – Dlaczego jesteś taki zdziwiony?
- Bo to pierwszy raz, kiedy się nie kłócimy – popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. – To dziwne, jeśli mam być szczery. Myślałem, że mnie uderzysz albo coś.
Zaśmiałam się jeszcze raz, tym razem głośniej, nie będąc w stanie się powstrzymywać.
- Nie wiem dlaczego się nad tym zastanawiasz. Nie powinieneś się ucieszyć?
- Oh uwierz mi, cieszę się – położył dłoń na klatce piersiowej. – Po prostu oczekiwałem wybuchu, to wszystko.
- Przepraszam?
Justin zachichotał, oblizując usta.
- Chodź tutaj – otworzył ramiona więc podeszłam do niego i przytuliłam go. Całując mnie w czubek głowy, Justin ułożył na niej swój podbródek, a ja uśmiechnęłam się.
- Przepraszam – mruknął.
- Wiem.
Trzymając mnie w ramionach przez dłuższy czas wytworzył wokół nas spokojną atmosferę sprawiając, że poczułam, że nic ani nikt nie może nas zranić.
- Chodź – odsunął się, biorąc mnie za rękę.
Wchodząc za nim w stronę domu byłam zdziwiona, że reszta wciąż siedziała przy stole.
- Spójrzcie, kto zdecydował się pojawić – Jaxon zaczął się drażnić. – Myślałem, że nasze zakochane ptaszki zniknęły.
Pattie popatrzyła na niego z rozczarowaniem co podziałało, bo od razu wymruczał przeprosiny. Ścisnęłam rękę Justina, żeby na mnie popatrzył, po czym pokazałam mu spojrzeniem żeby się odezwał.
Odwracając się w stronę Jaxona, Justin oblizał usta.
- Nie – potrząsnął głową. – To ja przepraszam. Nie powinienem cię postawić w takiej sytuacji.
- Miałeś do tego prawo. Byłem idiotą – Jaxon opuścił ramiona.
- Nie ma sprawy. Powinienem wiedzieć, że żartujesz – puszczając moją rękę, Justin podszedł do miejsca w którym siedział Jaxon i mocno go przytulił.
- Aw – zaczęłyśmy obie z Pattie po czym zaśmiałyśmy się. – Jak słodko.
- Zamknijcie się – w tym samym momencie powiedzieli Justin i Jaxon, a ja zmarszczyłam brwi.
- Przepraszam – mruknęli.
Pokiwałam głową.
- Nie ma sprawy.
- A teraz.. kiedy wszystko jest już za nami.. może zaczniemy jeść?
- Ja na pewno – niemalże podbiegłam do swojego krzesła. – Umieram z głodu.
Justin zachichotał.
- Coś zauważyłem.. – uśmiechnął się, wpychając do ust kromkę chleba.
- Co?
Przełknął i wziął łyka wody.
- Zawsze jesteś głodna.
Zarumieniłam się, wzruszając ramionami.
- Wiesz.. dziewczyny muszą jeść – wzięłam trochę sałatki, uśmiechając się.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.


- Dziękuję za wszystko Pattie – pomachałam do niej przez otwarte okno w samochodzie.
- Nie ma za co kochanie. Było miło znów cię widzieć – odmachała, z uśmiechem na ustach.
- Ciebie też! – krzyknęłam.
- Opiekuj się moim synem.
- Obiecuję – jeszcze raz pomachałam, po czym zapięłam pas.
- Powinniśmy ich częściej odwiedzać – spojrzałam na Justina, który jedną dłoń trzymał na kierownicy a drugą trzymał mnie za rękę.
- Będziemy – pokiwał głową. – Ale najpierw muszę spotkać twoich. W niedzielę, prawda?
Odwrócił wzrok od jezdni, żeby na mnie popatrzeć.
Pokiwałam głową.
- O siódmej.
Wziął głęboki oddech a ja wyczułam, że się denerwuje.
- Wszystko będzie dobrze – zapewniłam.
- Mam nadzieję – mruknął. – Nie rozumiem tylko dlaczego muszę ich spotkać.
- Chcesz być w stanie się ze mną spotykać?
- Oczywiście, że tak. Co to za pytanie? – spojrzał na mnie a ja uśmiechnęłam się.
- Więc.. musisz się poświęcić i spotkać moich rodziców.
Justin westchnął, jeszcze mocniej ściskając moją rękę.
- Wszystko co dla ciebie robię… - potrząsnął głową.
Uśmiechnęłam się, całując go w policzek.
- Kocham cię.
Odwrócił się, całując mnie w usta.
- Ja ciebie też.